Jestem obecnie mocno w trybie szkoleń i warsztatów z asertywności. Temat bardzo ważny, nieoczywisty i dlatego na gorąco dzielę się jedną z kwestii intensywnie przedyskutowywanych na szkoleniach. „Ludzie nie lubią osób asertywnych”. No właśnie, jak myślisz? Lubią czy nie lubią?

Mylne założenia

Koncepcja ta wynika z dwóch założeń. Po pierwsze, że osoba asertywna to taka, która dba tylko o siebie, klasyczny egoista.

Po drugie kryje się za tym strach. Przy tak rozumianej wizji asertywności, że asertywność = egoizm pojawia się od razu obawa, że jeśli ja będę asertywny, stracę znajomych, ludzie mnie nie będą lubili. Zatem rezygnuję z zadbania o siebie, bo boję się, że jeśli zrobię inaczej, to czeka mnie smutna samotność, bez przyjaciół, znajomych.

Po co być asertywnym?

Żeby mieć porządek w tej naszej koncepcji warto wziąć pod uwagę dwie rzeczy:

  1. Należy odróżniać asertywność od agresji. To nie jest to samo.
  2. Odpowiadając wprost na to pytanie czy to prawda, czy to fałsz, że ludzie nie lubią osób asertywnych, ja stawiam taką tezę, że w takiej koncepcji „asertywność – lubienie”, odpowiedź brzmi „Nie dotyczy”.

Nauka asertywności i asertywne zachowania nie są po to, by ludzie nas lubili. Tu możesz przeżyć szok, ale tak jest.

Myśl przewodnia jest taka, że asertywność jest po to, żeby nas szanowali.

I czasem też na kursach pada pytanie, a jeżeli nas będą szanowali, to nie jest tak, że potem będą nas też lubili? Odpowiedź brzmi: może tak być i często tak będzie. Ale koniec końców nie w tym rzecz.

Szkolne wspomnienia

By dobrze to zrozumieć, zachęcam cię, cofnij się pamięcią do szkoły lub studiów. Przypomnij sobie swoich nauczycieli. Którzy przychodzą ci na myśl, gdy pada słowo „szacunek”? I przypomnij sobie, jak w tamtych relacjach lubienie lub nielubienie było czymś drugorzędnym, ewentualnie było pochodną szacunku. Bo to właśnie szacunek wyznaczał ramy relacji  i twojego doświadczenia.

A jacy to byli ci nauczyciele, których najczęściej szanowaliśmy? No właśnie ci, którzy mieli jasne dla nas zasady, byli konkretni, szanowali drugiego człowieka, ale też pilnowali swoich granic.

I im żywsze są te wspomnienia, tym lepiej sobie pewnie przypominasz, jak wartościowe i rozwojowe były to dla ciebie w tamtym czasie relacje.

Ludzie nie lubią osób asertywnych?

I jeszcze jedno zastanów się, co kryje się pod pojęciem „żeby mnie wszyscy lubili”? Jeśli ktoś idzie przez życie z taką właśnie koncepcją, że chce być lubiany przez wszystkich, to czekają go w życiu poważne problemy, bo bądźmy szczerzy, to jest po prostu niemożliwe.

Wróćmy więc do naszego pytania: czy ludzie lubią osoby asertywne? Czasem lubią, czasem nie lubią, ale co najważniejsze w asertywności chodzi o szacunek.

NEWSLETTER

BĄDŹ NA BIEŻĄCO I ZYSKAJ:

Najnowsze artykuły, hity cenowe, nadchodzące kursy!

    • Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych przez MALESZKO.EDU Urszula Maleszko-Grabowska z siedzibą w Warszawie ul. Odkryta 1A oraz na otrzymywanie na podany adres e-mail informacji handlowych. Podanie danych jest dobrowolne. Przysługuje mi prawo dostępu do swoich danych i ich poprawiania.

    droga do marzeń

    Miałam jakąś chwilę temu okazję rozmawiać z dziewczyną, młodą menedżerką, którą jej firma skierowała do mnie na coaching. Ponieważ cykl naszych wspólnych spotkań zbliżał się do końca, rozmawiałyśmy luźno i prowadziłam rozmowę w stronę domykania tego procesu.

    Na moje luźno i swobodnie zadane pytanie – „Jak wszystko oceniasz?” odpowiedziała – „Wiesz co, dobrze… ale jestem trochę zdziwiona. Myślałam na początku, że to wszystko będzie bardziej o zarządzaniu, organizowaniu, jakieś wytyczne do planowania… A po tym czasie widzę, że faktycznie, zrobiłam, co planowałam, ale w zasadzie większość na spotkaniach była o mnie. O moim sposobie myślenia, emocjach, komunikacji, relacjach. A najbardziej o mojej relacji samej ze sobą”.

    Idealna droga do marzeń?

    No właśnie, o czym jest ten cały coaching? Czy o tym, co człowiek umie i czego chce się jeszcze nauczyć? Czy o tym, co wie, a czego musi się jeszcze dowiedzieć? A może o tym, kim jest, a kim chce się stać? Lub o tym, jakie ma ograniczenia, blokady i jak je wszystkie omijać?

    Nie odpowiem jak klasyczny psycholog – „to zależy”.

    Odpowiem inaczej. Coaching i rozwój sam w sobie, są zawsze o tym wszystkim.

    W pięknym, idealnym modelu, który nie istnieje w realnym świecie, coaching wyglądałby tak, że jestem tam, gdzie jestem, mam taki a taki cel. Ten cel jest metaforycznie jak gwiazdka z nieba — rysuję ją w gdzieś ponad swoją głową, a potem najkrótszą drogę, po której mogę po nią sięgnąć. Najlepiej linię prostą — ode mnie do gwiazdki.

    A w realnym świecie? W realnym świecie tak się jednak nie dzieje. Droga do celu prowadzi często przez inne gwiazdozbiory, czasami wręcz galaktyki. Jakby tego było mało, celem nie jest jedna, wybrana gwiazdka z nieba. Najczęściej należy skolekcjonować po drodze różne inne „do naszego koszyczka”, aby całość, finalnie, złożyła się na realizację celu, jaki sobie postawiliśmy.

    I tak zamiast linii prostej, droga do gwiazdki to klasyczne „esy-floresy”, pętelki, zakręty. I, co najważniejsze, to jest absolutnie poprawne.

    Droga do marzeń = rozwój

    Naturalnie każdy by chciał, żeby dochodzić do różnych rzeczy w życiu najkrótszą drogą. Szczególnie gdy chodzi o cele, marzenia, plany. To, że nie zawsze się tak da, że czasem mamy wrażenie, że błądzimy, krążymy — to może być tylko wrażenie. Zmiana się dzieje zawsze, gdy się rozwijamy.

    Nawet jeśli droga po gwiazdkę / marzenie / do celu jest pokręcona to i tak bądź spokojny, dzieje się. Innymi drogami, ale we właściwym kierunku. Nie będziesz skutecznym menedżerem, dopóki nie wzmocnisz swojej pewności siebie. Ani nie staniesz się lepszym rodzicem, dopóki nie załatwisz różnych spraw emocjonalnych ze swojego dzieciństwa. Nie będziesz dobrym partnerem, jeśli nie zmienisz sposobów komunikacji. Wszystko wymaga czasu, cierpliwości i pokory, by odbyć podróż dokładnie tak, jak jest właściwie.

    Bo zawsze jest właściwie. I zawsze, w czasie takiej podróży po swoją gwiazdkę, poza tym, że ostatecznie osiągniesz cel, stanie się coś równie ważnego: staniesz się kimś innym, nowym. Bogatszym o nowe doświadczenia. No i o to w tym wszystkim chodzi prawdopodobnie najbardziej.

    NEWSLETTER

    BĄDŹ NA BIEŻĄCO I ZYSKAJ:

    Najnowsze artykuły, hity cenowe, nadchodzące kursy!

      • Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych przez MALESZKO.EDU Urszula Maleszko-Grabowska z siedzibą w Warszawie ul. Odkryta 1A oraz na otrzymywanie na podany adres e-mail informacji handlowych. Podanie danych jest dobrowolne. Przysługuje mi prawo dostępu do swoich danych i ich poprawiania.

      Czas wokół 1 listopada jest zawsze w jakiś sposób czasem refleksji, nostalgii, zatrzymania się nad przemijaniem. I niezależnie od tego, jak bardzo nie chcemy lub boimy się o tym myśleć, całe życie człowieka jest o rozstaniach, żegnaniu tego, co przemija, o zmianie.

      Można tematy przemijania spychać gdzieś do nieświadomości, strać się o tym nie myśleć i w taki właśnie sposób radzić sobie ze strachem przed utratą tego, co cenne, wartościowe, co kochamy. Równocześnie jednak warto wiedzieć, że to, co zepchane do czeluści „niemyślenia”, może wbrew pozorom przerażać jeszcze bardziej.

      🎥 Wolisz obejrzeć film na ten temat? Kliknij poniżej na mój kanał na YouTube

      Dlatego też, pomimo strachu, warto sobie oswajać fakt przemijania i rozstań, idąc drogą refleksji i akceptacji tego, że tak jest.

      Znasz historię o królu Salomonie, który od swoich mędrców dostał uniwersalną wskazówkę, jak dążyć w życiu do równowagi i szczęścia? Wygrawerowali mu na pierścieniu zdanie, że niezależnie, co nas w życiu spotyka, czy jest to dobre czy złe… „to zawsze przeminie”, odejdzie i będzie przeszłością.

      Zatem, gdy coś tracimy, przeżywamy smutek, cierpimy, myśląc o tym, czego już nie ma. Serce boli. Równocześnie, czerpiąc z mądrości akceptacji, możemy pomyśleć także, jakie to wspaniałe, że było nam dane przeżyć to, co przeżyliśmy, spotkać tego, kogo spotkaliśmy, doświadczyć wartości tego, czego doświadczyliśmy.

      Świadomość przemijania daje nam także możliwość innego podejścia do pozytywnych doświadczeń. Możemy je bardziej doceniać, cieszyć się nimi, gdy są, a także mieć pewną dozę wyważeni w ich doświadczaniu. Połączenie tych dwóch podejść niesie piękną wartość – dojrzałość i równowagę emocjonalną. Czego nam wszystkim życzę.

      NEWSLETTER

      Podobał Ci się artykuł? Zostaw swój e-mail, dostaniesz informacje o następnych. 🙂

        • Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych przez MALESZKO.EDU Urszula Maleszko-Grabowska z siedzibą w Warszawie ul. Odkryta 1A oraz na otrzymywanie na podany adres e-mail informacji handlowych. Podanie danych jest dobrowolne. Przysługuje mi prawo dostępu do swoich danych i ich poprawiania.

        jak przestać się wzajemnie obwiniać

        Całkiem niedawno na sesję coachingową przyszła do mnie Anna. Od razu było widać, że to nie jest jej najlepszy dzień… Na pytanie, co tam u niej, z rezygnacją w głosie odpowiedziała, że pokłóciła się z mężem. I co gorsza, wciąż jest ewidentnie przekonana, że to jego wina.

        Gdy zaczęłyśmy rozmawiać o tym zdarzeniu, opowiedziała, że w jej odczuciu za to, co się wydarzyło, naprawdę odpowiada mąż. Znowu wrócił późno z pracy, był zmęczony i w złym humorze. A tego dnia planowali wspólne wieczorne wyjście do kina.

        🎥 Wolisz obejrzeć film na ten temat? Kliknij poniżej na mój kanał na YouTube

        Na karuzeli negatywnych emocji

        Gdy Anna zaczęła z nim rozmowę i z wyrzutem powiedziała, że to nie fair, że umówił się, a wrócił dużo później, mąż jeszcze bardziej zamknął się w sobie, coś odburknął i usiadł przed telewizorem.

        Na domiar złego, z powodu tej sytuacji Annę chwilę później w rozmowie z synem też poniosły emocje. Chłopiec nie rozpakował zmywarki, mimo że prosiła kilka razy. Duża część złości za wcześniejszą sytuację z mężem teraz wylała się na dziecko.

        Niepocieszony w tej sytuacji syn, był niemiły dla siostry, więc dostał jeszcze burę od taty, za takie zachowanie… no i generalnie na koniec dnia wszyscy byli w podłych nastrojach.

        „A wszystko dlatego, że mąż nie dotrzymał słowa…” – podsumowała opowieść Anna.

        Czyja to wina?

        No właśnie, kto był winny zaistniałej sytuacji w tej rodzinie? Mąż Anny, bo nie dotrzymał słowa? Anna, bo nie była wyrozumiała? A może syn, bo nie dopilnował obowiązków domowych na czas i dokuczał siostrze?

        Ja mówię, że…

        …w relacjach rodzinnych i sytuacjach takich, jak ta Anny — nie ma początku i końca tego, kto jest winny. Relacje w życiu rodzinnym są jak karuzela. Nie ma ciągu przyczynowo-skutkowego, w którym można by rozpisać sobie wykres: „Ponieważ wydarzyło się A, to w następstwie tego zdarzyło się B, które wywołało reakcję i sytuację C”. Chociaż — często w ten sposób właśnie myślimy i postrzegamy to, co się w naszej rodzinie dzieje.

        Gdyby pokusić się o rysowanie zależności, przyczyn i skutków, strzałki co wynika i z czego szłyby od każdej osoby i w każdą ze stron.

        Wspomniana karuzela relacji wygląda tak, że nie ma początku i końca. Nie wiadomo, kto jest pierwszy a kto ostatni. Sprawy, relacje,  interakcje i emocje dzieją się równocześnie, równolegle i w zasadzie każdy, kto w nich uczestniczy, jest pełnoprawną częścią systemu rodzinnego.

        Jak przestać się wzajemnie obwiniać?

        Jak więc mogłaby wydarzyć się zmiana w rodzinie?

        Mąż Anny mógł przyjść na czas, lub przychodząc spóźniony przeprosić i powiedzieć, co się wydarzyło, mógł wcześniej zadzwonić, uprzedzić.

        Anna, witając męża, mogła zapytać, co się stało, zainteresować się tym, dlaczego nie zdążył przyjść na czas. Mogła wręcz zadzwonić do niego wcześniej i spytać, czy wieczorne wyjście jest aktualne. Mogła też inaczej porozmawiać z synem.

        Syn Anny nie musiał odreagowywać złości na siostrze.

        A znowu mąż Anny mógł spokojnie zareagować na kłótnię między dziećmi.

        Itd…

        Zatrzymaj karuzelę

        Zatem jak przestać się wzajemnie obwiniać? Podsumujmy:

        Po pierwsze pamiętaj, że w relacjach – szczególnie rodzinnych – jesteśmy zawsze jak na karuzeli, czyli interakcje nie mają początku i końca.

        Po drugie – bardzo ważne – nie obwiniaj. Obwinianie nigdy nie przyniesie niczego konstruktywnego, zawsze niesie emocje i obronę (lub atak).

        Po trzecie — zwracaj uwagę na powtarzające się rodzinne schematy. Czyli te miejsca, gdzie myślisz: „Bo on zawsze…”, „Bo ona nigdy…” To właśnie schematy trzymają nas na karuzeli rodzinnych relacji, gdzie kręcimy się w kółko.

        I aby ją zatrzymać i z niej zejść, trzeba zrobić coś innego niż zwykle. Chociażby dostrzec swój żal, dostrzec zmęczenie drugiej osoby, porozmawiać o tym, co się czuje („Jestem rozczarowana…”) lub włączyć wyrozumiałość i zapytać („Co się zdarzyło?”)

        Skąd będziesz wiedzieć, że to, co robisz jest lepsze?

        Będzie przynosić inne rezultaty. Mniej eskalować emocje. Łamać rodzinne schematy. Będziesz wiedzieć, słyszeć i czuć, że karuzela się zatrzymała.

        Czego najbardziej do tego potrzeba? Odpowiedź jest prosta: Miłości.

        NEWSLETTER

        BĄDŹ NA BIEŻĄCO I ZYSKAJ:

        Najnowsze artykuły, hity cenowe, nadchodzące kursy!

          • Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych przez MALESZKO.EDU Urszula Maleszko-Grabowska z siedzibą w Warszawie ul. Odkryta 1A oraz na otrzymywanie na podany adres e-mail informacji handlowych. Podanie danych jest dobrowolne. Przysługuje mi prawo dostępu do swoich danych i ich poprawiania.

          skuteczna komunikacja

          Moją pierwszą pracę w obsłudze klienta zaczęłam gdzieś w okolicach 2000 roku. Była to firma informatyczna. Do moich zadań należała obsługa zamówień, potem, po awansie do działu handlowego, także sprzedaż i skuteczna obsługa klientów. Moja praca opierała się na kontaktach, rozmowach, negocjacjach. Nauczyłam się wtedy bardzo dużo. Z książek, ze szkoleń i… z własnego doświadczenia „na polu walki”.

          Po tylu latach, jedno wiem na pewno: czy to prowadzisz własną firmę, czy też pracujesz dla kogoś, jeśli masz do czynienia z Klientami i ich obsługą, musisz wiedzieć, jak działa skuteczna komunikacja. Jeśli komunikujesz się, a rezultaty nie są satysfakcjonujące, warto umieć rozłożyć to, co robisz, na kawałki, sprawdzić, co nie działa i to zmienić.

          Dziś chcę pokazać ci jeden z takich elementów, składających się na  mechanizm „skuteczna komunikacja”. Warto o nim wiedzieć, bo w sekundę może on zepsuć lub uratować twoją relację z klientem. Myślę tu o czymś, co nazywam „zaprzeczeniem doświadczeniu klienta”.

          🎥 Wolisz obejrzeć film na ten temat? Kliknij poniżej na mój kanał na YouTube

          Czym jest skuteczna komunikacja z Klientem?

          Jeśli na co dzień pracujesz w obsłudze klienta, zakładam, że przynajmniej raz w życiu miałeś do czynienia z niezadowolonym Klientem. Aby dobrze zrozumieć mechanizm „zaprzeczania doświadczeniu klienta”, przypomnij sobie, jak przebiegało wtedy, w konkretnym przypadku, twoje działanie z klientem. A bardziej: czy to, co zrobiłeś, prowadziło was do eskalacji sytuacji czy też jej załagodzenia?

          Jednym z celów efektywnej komunikacji jest poprowadzenie naszego rozmówcy (tym bardziej niezadowolonego) z miejsca, w którym obecnie jest, do miejsca, w którym byśmy chcieli, by z nami był.

          Czyli najczęściej, lub praktycznie zawsze: od zdenerwowania i rozczarowania ku współpracy i dobrej relacji. Od negatywnego przekonania na dany temat do akceptacji i zrozumienia.

          Jeśli w wyniku tego, co robisz, jak rozmawiasz, jak przebiega sytuacja widzisz, że klient pogłębia swoje negatywne emocje, warto jak najszybciej zauważyć, że to się dzieje, zatrzymać się mentalnie i zastanowić, co się dzieje i o co chodzi. Powodów może być kilka, ale komunikacyjny mechanizm „zaprzeczenia doświadczeniom” jest tu wysoce prawdopodobny.

          Zaprzeczanie doświadczeniom

          Aby lepiej zrozumieć czym jest „zaprzeczanie doświadczeniom klienta”, dam ci najpierw przykład.

          Wyobraź sobie Klienta,, który od jakiegoś czasu marzy o bardzo drogim, kaszmirowym swetrze. Sweter jest drogi, owszem, ale też wart swojej ceny. Wreszcie decyduje się na zakup. Ma go na sobie może po raz drugi, gdy zauważa, że pomimo ręcznego uprania i dużej delikatności w używaniu, zaczął się rozchodzić na szwach.

          Jakie emocje może ten fakt wywołać u naszego klienta? Najpewniej irytację, bo sweter był naprawdę drogi, miał posłużyć na dłużej, miał być dobrej jakości.

          Nasz klient idzie ze swetrem do sklepu, by złożyć reklamację. Nie da się ukryć, że towarzyszą mu nerwy, bo kupując go liczył na solidny, jakościowy produkt. Pokazuje wadliwy towar, wyjaśnia, że po zaledwie kilku dniach sweter rozchodzi się na szwach.

          I wtedy, w odpowiedzi, ekspedientka uśmiecha się i mówi: „Proszę się uspokoić, ja nie widzę tu żadnej wady fabrycznej”.

          To jest własnie ta chwila.

          Co może być dalej? Jak zareaguje na taką odpowiedź nasz klient? Scenariuszy jest kilka, wszystkie dość przewidywalne, bo albo zacznie przekonywać, oburzony jeszcze bardziej, albo poprosi kierownika, albo już nigdy nie wróci do tego sklepu. Albo- zrobi po kolei to wszystko. 🙂

          Jak więc to się dzieje, że wystarczy jedno zdanie, by sytuacja z nieprzyjemnej eskalowała do kryzysowej?

          Ekspedientka słowami, które wypowiedziała, zaprzeczyła bieżącemu doświadczeniu klienta składającego reklamację.

          Po kolei było tak:

          1. Klient kupił drogi sweter
          2. Zauważył, że zaczął się rozchodzić na szwach po kilku dniach
          3. Sweter był drogi, więc oczekiwał, że będzie dobrej jakości i posłuży na dłużej
          4. Musiał wybrać się do sklepu, by złożyć reklamację
          5. Cała sytuacja już była irytująca
          6. Opowiadając o wszystkim ekspedientce, usłyszał: „Proszę się uspokoić, ja tu nie widzę wady”

          Do doświadczenia dużego rozczarowania zakupem i niesmaku, że trzeba wybrać się do sklepu, dodany został dość wyluzowany komentarz, pomniejszający sprawę, sytuację i przeżywane emocje.

          Szanuj to, co klient przeżywa i proponuj rozwiązanie

          Jak zatem mogłaby zareagować ekspedientka, która rozumie, żeby nie zaprzeczać doświadczeniu klienta i umie uchronić sytuację od eskalacji? Oto jedna z propozycji odpowiedzi, gdzie umiejętnie szanujemy to, co w danej chwili przeżywa nasz rozmówca:

          „Rozumiem, że kupił Pan u nas sweter. (fakt i potwierdzenie doświadczenia klienta) oraz, że nie był tani, a po kilku dniach zauważył Pan wadę (tak samo- potwierdzenie doświadczenia klienta). Rzeczywiście można się tym zirytować (kolejne potwierdzenie doświadczenia klienta). Porozmawiam z kierownikiem sklepu, jakie rozwiązanie możemy w tej sytuacji zaproponować (propozycja rozwiązania)”.

          Co tu działa? Potwierdzenie sytuacji, emocji i faktów, wzięcie sprawy w swoje ręce, koncentracja na znalezieniu rozwiązania. Ekspedientka mówiąc tak sprawia, że klient, zamiast nadal irytować się faktem, że musi być w sklepie z powodu uszkodzonego swetra, myślami jest już przy rozmowie z kierownikiem sklepu i zastanawia się, jakie rozwiązanie otrzyma.

          Wnioski? 🙂

          Jeżeli chcesz się skutecznie skomunikować, szczególnie gdy masz przed sobą zdenerwowanego klienta, na początku NIE ZAPRZECZAJ jego emocjom:

          1. Nie doradzaj „Proszę się tylko denerwować”, „proszę się uspokoić”
          2. Unikaj mówienia: „No tak, ale przecież…”
          3. Nie bagatelizuj i nie pomniejszaj sytuacji

          W zamian za to:

          1. Wysłuchaj i pozwól się wypowiedzieć
          2. Uznaj, że widzi sprawę, jak widzi i czuje, co czuje.
          3. Stwierdź fakty, sparafrazuj, co powiedział.
          4. Zaproponuj rozwiązanie

          Wskazówka na koniec: powyższa zasada działa identycznie również w życiu prywatnym, w rozmowach z bliskimi. Zamiast w napiętych sytuacjach i nieprzyjemnych rozmowach zaprzeczać doświadczeniom rozmówcy, emocjonalnie mówiąc (krzycząc?): „Bo ty się zawsze musisz czepiać o byle co!” możesz powiedzieć: „Słyszę, że bardzo ci zależy na tym, żebym był punktualny?”. 🙂

          Słowa mają znaczenie.

          To, co wnosisz do interakcji, ma znaczenie.

          Skuteczna komunikacja ma moc.

          Ucz się korzystać z tej mocy każdego dnia. 🙂

          NEWSLETTER

          BĄDŹ NA BIEŻĄCO I ZYSKAJ:

          Najnowsze artykuły, hity cenowe, nadchodzące kursy!

            • Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych przez MALESZKO.EDU Urszula Maleszko-Grabowska z siedzibą w Warszawie ul. Odkryta 1A oraz na otrzymywanie na podany adres e-mail informacji handlowych. Podanie danych jest dobrowolne. Przysługuje mi prawo dostępu do swoich danych i ich poprawiania.

            Masz czasem takie wrażenie, że musisz być szczęśliwy? Że wokół ciebie jest presja na szczęście? Albo łapiesz doła, bo wszyscy – szczególnie w mediach społecznościowych – są szczęśliwi, zajęci, aktywni, radośni? Ja czasem tak mam… To zainspirowało mnie do przyjrzenia się bliżej temu, czym jest toksyczna pozytywność.

            🎥 Wolisz obejrzeć film na ten temat? Kliknij poniżej na mój kanał na YouTube

            Toksyczna pozytywność – o co chodzi?

            Może być rozumiana na kilka sposobów, jako:

            1. Presja na szczęście (szczególnie widoczna w mediach społecznościowych)
            2. Unikanie trudnych emocji i rozmów
            3. Groteskowe wyolbrzymianie sukcesów
            4. Fabrykowanie entuzjazmu

            Presja na szczęście

            Po pierwsze toksyczna pozytywność objawiać się może jako presja na to, że wszystko ma być super. A jeżeli moje życie nie jest super, to ja też nie jestem super. Takie podejście wywiera na nas niepotrzebny nacisk, wymusza w nas pewne postawy i określone zachowania. Z drugiej strony też wiele wyklucza i nas ogranicza.

            Główną rolę tutaj odgrywają media społecznościowe. W końcu nieczęsto zdarza się, by ktoś w nich dzielił się tym, że mu się nie chce, że ma nudną pracę, albo że w podróży, czy na wyjeździe pokłócił się z kimś, z kim wyjechał.

            Z racji publicznego charakteru mediów społecznościowych bardziej skłonni jesteśmy pokazywać w nich, jak działamy, niż jak się nudzimy. Jeżeli chodzi o pracę, to raczej chcemy się dzielić informacjami wtedy, gdy dzieje się coś dobrego, czy ciekawego. W podróży publikujemy raczej piękne zdjęcia, niż dzielimy się informacjami o nieporozumieniach.

            Dlatego też media społecznościowe wypełnione są wpisami o sukcesach, pięknymi zdjęciami, radosnymi nowinami i to jest pewien rodzaju dramat. Ich jednostronność pomija realny aspekt naszego istnienia – „trud życia”. Im więcej widzimy takich pozytywnych informacji, im więcej czasu temu poświęcamy, tym bardziej kształtuje się w nas przeświadczenie, że inni nie borykają się problemami, nie mają gorszych dni.

            Łatwo wtedy wpaść w poczucie odosobnienia, bo przecież inni mają super, a ja mam w najlepszym wypadku normalnie, a czasem tylko pod górkę. I co ze mną jest nie tak? Co robię źle?

            Unikanie emocji i trudnych rozmów

            Drugi aspekt toksycznej pozytywności to unikanie uczuć. Toksyczna pozytywność promuje bowiem radość, neguje smutek, złość, żal i inne emocje, które według niej są słabościami. Są też niepopularne, niechciane, niemile widziane.

            Przykładem może być pocieszanie drugiej osoby. Jeżeli mówimy komuś, kto cierpi: „Nie przejmuj się, to minie” lub „Weź się w garść” – to tak jakbyśmy komuś, kto ma np. dziecko w szpitalu, doradzili, żeby poszedł do kina, by się rozerwać i zapomnieć o smutkach.

            Brzmi absurdalnie? Podobnie absurdalnie brzmią właśnie takie sztampowe rady, a raczej porady. One negują emocje drugiej osoby, ale tez zabijają bliskość między tym, kto o pocieszenie prosi i tym, który takich porad udziela.

            I podobnie, jak w poprzednim przypadku powodują one uczucie odosobnienia, niezrozumienia. Jesteśmy samotni w tym, co realnie i autentycznie przeżywamy.

            Objawia się to też w bagatelizowaniu problemów innych ludzi. Przykładowo, ktoś opowiada, że rozstał się po 5 latach związku, a słyszy: „Dobra… są ludzie, co rozstają się po 20 latach i układają sobie życie. Dasz radę”. To jest bagatelizowanie, tego, co ta osoba przeżywa i tego, co się w jej życiu dzieje.

            Gdy ktoś mówi: „Jakoś boli mnie głowa” albo „Od kilku dni boli mnie głowa” i słyszy odpowiedź; „Dobra, będzie dobrze” – to też jest to bagatelizowanie problemu. Warto na to uważać, bo robimy tak czasami w dobrej wierze, ale nie jesteśmy wtedy wcale pozytywni, to jest właśnie toksyczna pozytywność.

            Groteskowe wyolbrzymianie sukcesów

            Na czym to polega? Przykładowo chwali mnie szef. Miła sprawa, ale jeżeli przez cały dzień chodzę po firmie i przeżywam sztucznie „Wow, jakie to niesamowite”, albo odwrotnie opowiadam o tym komuś, a on reaguje „O to takie niesamowite, cudowne, to znaczy, że jesteś fantastyczny…” Warto pamiętać, że jest gdzieś granica, przy której świętowanie sukcesu jest groteskowe.

            Ma to pewien aspekt, który zauważyłam nawet u siebie swojego czasu – chodzi o świętowanie sukcesów dzieci. Gdy dzieje się coś dobrego, można to pochwalić lub groteskowo wyolbrzymić – podkreślać do tego stopnia, że w świętowaniu nie chodzi już o dziecko, ale o sam sukces.

            W kontekście groteskowego wyolbrzymiania sukcesów, do dzisiaj pamiętam swój wyjazd do Stanów kilkanaście lat temu. Poznałam wtedy takie bardzo amerykańskie słówko „AWSOME!” Co bym nie zrobiła, co bym nie powiedziała, co by się nie wydarzyło, pamiętam ludzi, którzy wiecznie mieli dla mnie jedną odpowiedź: „AWSOME!”, czyli „WOW!” lub „NIESAMOWITE!”

            Czułam w tym wyraźny rozdźwięk między pozytywnym znaczeniem tego słowa, a sposobem, w jaki było użyte – przesadzonym, nieadekwatnym do zwyczajnych sytuacji, jakie mi się zdarzały. Warto więc zwracać uwagę, jak świętujemy osiągnięcia – czy robimy to adekwatnie, czy może na poziomie „AWSOME”.

            Fabrykowanie entuzjazmu

            Określenie „AWSOME” dobrze pasuje też do ostatniego kontekstu toksycznej pozytywności, a chodzi tu o fabrykowanie entuzjazmu.

            W życiu prywatnym np. jako rodzice przeżywamy nieadekwatnie np. coś, co dziecko robi w sposób naturalny, a my ubieramy to w sztuczny entuzjazm. Jeszcze częściej widoczne to jest w życiu organizacji i firm. Często pracownicy mówią nawet, że są temu poddawani i nie do końca wiedzą, jak się w takich sytuacjach zachować. Ktoś entuzjazmuje się ich dokonaniami, ale nie ma w tym przestrzeni na autentyczność, na człowieka.

            Co dziś daję Ci pod refleksję?

            Toksyczna pozytywność, która przejawia się w tych wspomnianych wcześniej aspektach, ma swoją cenę. Ogranicza autentyczne relacje, bo zniekształca rzeczywistość, bo wpycha nas w przygnębienie i samotność.

            Warto pamiętać, że jest ok mieć różne stany emocjonalne. Pomyśl sobie, jak by to było przeżywać przez 14 godzin na dobę radość czy entuzjazm. To jest i nierealne, ale i męczące, czyli przestaje być radosne.  Nie jest też autentyczne.

            Po drugie pamiętaj, że nieprawdą jest stwierdzenie, że „wszystko jest w naszej głowie”. A taki mit funkcjonuje i często pojawia się także w moim środowisku, związanym z coachingiem.  Są osoby, które mówią; „Porzuć swoje ograniczenia, wszystko jest w twojej głowie! Wszystko jest możliwe!”

            Nieprawda. Nie wszystko jest możliwe. Zdrowe podejście pozytywne oznacza, że zajmujesz się w życiu tym, co jest realnie dostępne. Zajmujesz się tym, co jest w zasięgu Twoich możliwości.

            Po trzecie: bądź w empatycznej komunikacji. W komunikacji, rozmowie dostrzegaj drugiego człowieka, dostrzegaj siebie. I zamiast mówić komuś: „Spoko, wszystko się ułoży”, spróbuj: „Widzę, że przeżywasz coś trudnego”. To będzie bardziej spotkaniowe, bliskie i budujące bardziej realny świat. A warto, żeby on taki był, bo każdemu jest w nim lżej żyć.

            Poznaj swoje możliwości

            Na takiej pozytywnej radości, pozytywnej pozytywności, zbudowane są Talenty Gallupa, które skupiają się na naszych mocnych stronach, na tym co jest realne, co jest możliwe. Równocześnie pozwalają nam zobaczyć, jakie w tej kompozycji mamy cienie, by być ich świadomym i by je uznać.

            Jeżeli chcesz w życiu więcej takiej pozytywnej pozytywności, to zwróć na to uwagę, zrób sobie badanie Gallupa, żeby zobaczyć, co w tobie mocnego, co w tobie autentycznie silnego i prawdziwego. I z tego korzystaj dla siebie, dla innych, dla świata.

            NEWSLETTER

            BĄDŹ NA BIEŻĄCO I ZYSKAJ:

            Najnowsze artykuły, hity cenowe, nadchodzące kursy!

              • Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych przez MALESZKO.EDU Urszula Maleszko-Grabowska z siedzibą w Warszawie ul. Odkryta 1A oraz na otrzymywanie na podany adres e-mail informacji handlowych. Podanie danych jest dobrowolne. Przysługuje mi prawo dostępu do swoich danych i ich poprawiania.

              Jakiś czas temu byłam z przyjaciółkami na kilkudniowym wyjeździe w góry. Towarzyska i wędrowna atmosfera naszego wypadu oraz bardzo ograniczony dostęp do Internetu sprawiły, że przez te wspólne dni byłyśmy większość czasu off-line, rozmawiając, wędrując, spędzając czas na łonie natury.

              W drodze powrotnej do Warszawy ja akurat prowadziłam, jednak znajome, gdy tylko wróciłyśmy do cywilizacji, czyli złapałyśmy zasięg, zatopiły się w swoich telefonach, przeglądając serwisy internetowe. Jedna z przyjaciółek, Agata, siedząca obok mnie, uruchomiła przeglądarkę swojego telefonu i zaczęła w milczeniu scrollować wiadomości.

              🎥 Wolisz obejrzeć film na ten temat? Kliknij poniżej na mój kanał na YouTube

              Co za tragedia!

              Z zamyślenia po krótkim czasie wyrwały mnie jej słowa, wypowiadane w zasadzie do siebie samej. Było to coś w stylu: „O matko!”, „O rety!”, „O Boże, ale tragedia!…”

              – Co tam? — rzuciłam zaniepokojona znad kierownicy — Coś się stało?

              – I to ile!- odpowiedziała – Same marne rzeczy!

              – Co tam? – dopytałam.

              – Właśnie przeczytałam, że „Plama ropy zagraża Cyprowi”, „Śmigłowiec marynarki wojennej USA wpadł do oceanu”, „Armagedon zakażeń w Polsce zacznie się za 4 tygodnie”, a jeden gość w kraju „Trzymał pumę w mieszkaniu i płakał, kiedy mu ją zabierali”.

              Zerknęłam kątem oka na Agatę, która z poważną i napiętą miną kontynuowała przeglądanie serwisów.

              Po chwili jednak, z irytacją w głosie rzuciła:

              – Nie, no ja tego nie będę jednak czytać, bo to mnie kompletnie rozwala!

              – No właśnie — dodałam z uśmiechem — po co w ogóle to czytać, skoro źle na nas wpływa i nie mamy na to wpływu?

              No właśnie: Po co?

              Po co wpuszczamy wszelakie treści do głowy?

              Zaśmiecone głowy

              Odpowiedź, która jak myślę, ma najczęstsze zastosowanie, brzmi: „Po nic.”

              Ilość treści pisanych, video, audio, jakie zalewają Internet, jest przeogromna. Autorzy ścigają się w tym, by użytkownik Internetu kliknął właśnie ich przekaz. Nadają kontrowersyjne tytuły, budzą emocje zdjęciami i hasłami reklamowymi.

              Każdy może coś dodać, zamieścić, opublikować, zawyrokować i zaopiniować. Dosłownie każdy.

              Gdy ma coś do powiedzenia i gdy nie ma.

              Jest pełna wolność i dowolność.

              W tym sensie, treści w internecie to swego rodzaju wielkie, ogromne składowisko-wysypisko, na którym przemieszane jest dosłownie wszystko.

              Gdy patrzę na swoje dzieci, widzę i słyszę, jak bardzo są podatne, by łykać wszystko po kolei. Jak leci. Filmik za filmikiem, mem za memem.

              Gdy obserwuję dorosłych (w tym siebie), też dostrzegam, jak tytuł za tytułem, informacje łapią naszą uwagę, jak łatwo jest klikać kolejne „newsy” i kolejne filmy z kotami goniącymi swój ogon i informacjami, że na drugim końcu świata młoda para miała wypadek samochodowy w drodze na swój ślub.

              No i co z tego? Głównie nic.

              Karmimy mózg bezsensownymi emocjami, zaśmiecamy głowę, narażamy się na utratę koncentracji i nie dostarczamy sobie żadnej wartości.

              Wypróbuj trzy sita Sokratesa

              Co więc można z tym robić? Jak, przy obecnym zalewie wszelaką informacją i tanią rozrywką, odsiewać wartościowe treści od informacji pustych i miałkich?

              Wypróbuj trzy sita Sokratesa, greckiego filozofa z czasów starożytności.

              Z pewnością nie podejrzewał on, że będzie kiedyś Internet, YouTube, Facebook i Instagram. I wyobrażam sobie, że byłby z siebie dumny, wiedząc, że jego mądrość ma nadal zastosowanie.

              Oto opowieść o trzech sitach Sokratesa, przez które możesz przesiać każdą informację, zanim zdecydujesz, czy chcesz, by ją „wpuścić” do swojej głowy.

              Pewnego dnia zjawił się u filozofa Sokratesa jakiś człowiek i chciał się z nim podzielić zasłyszaną właśnie wiadomością.

              — Posłuchaj Sokratesie! — wykrzyknął podekscytowany — koniecznie muszę ci powiedzieć, jak się zachował twój przyjaciel!

              – Od razu Ci przerwę – odpowiedział mu ze spokojem Sokrates – i zapytam: czy pomyślałeś o tym, żeby to, co masz mi do powiedzenia, przesiać przez trzy sita?

              A ponieważ rozmówca spojrzał na niego nic nierozumiejącym wzrokiem, Sokrates tak to objaśnił:

              – Otóż, zanim zaczniemy mówić, zawsze warto przesiać to, co chcemy powiedzieć, przez trzy sita. Przypatrzmy się temu, z czym przychodzisz dziś do mnie. Pierwsze sito to sito prawdy. Czy sprawdziłeś, że to, co masz mi do powiedzenia, jest doskonale zgodne z prawdą?

              – Nie, słyszałem, jak o tym mówiono, i…

              – No cóż… sądzę jednak, że przynajmniej przesiałeś to przez drugie sito, którym jest sito dobra. Czy to, co tak bardzo chcesz mi powiedzieć, jest przynajmniej jakąś dobrą rzeczą?

              Rozmówca Sokratesa zawahał się, a potem powiedział:

              – Nie, niestety, to nie jest nic dobrego, wręcz przeciwnie...

              – Hm! – westchnął filozof – pomimo to przypatrzymy się trzeciemu situ. Czy to, co pragniesz mi powiedzieć, jest przynajmniej pożyteczne?

              – Pożyteczne? Raczej nie…

              – W takim razie nie mówmy o tym wcale! – powiedział Sokrates. – Jeżeli to, co pragniesz wyjawić, nie jest ani prawdziwe, ani dobre, ani pożyteczne, wolę nic o tym nie wiedzieć. A i tobie radzę, abyś o tym zapomniał.

              Jak przesiewać wiadomości?

              Obecnie wiadomości dostajemy osobiście, ale to może wydarzyć się także przez telefon, Messenger’a, WhatsApp’a, na Facebooku, w serwisie informacyjnym.

              Sito prawdy: moje dzieci uznają, że jeśli coś powiedział np. znany youtuber, z założenia jest prawdziwe. Moi rodzice natomiast, że jeżeli coś było w telewizji, to już na 100% prawda.

              A więc, przesiewając treść przez sito prawdy zadaj sobie pytanie, skąd pochodzi dana informacja. Czy jest ona prawdziwa? Następnie: Czy jest podana wybiórczo lub bez odniesienia do źródeł? Czy jest obiektywna czy stronnicza?

              Sito dobra: czemu służy informacja, którą dostajesz? Co dobrego ma uczynić? A co w niej dobrego? Co w niej jest dobrego dla ciebie?

              Sito przydatności: Jaką wartość będziesz mieć z tego, że to obejrzysz, przeczytasz, usłyszysz? Do czego wykorzystasz tę informację? Jak ona wpłynie na twoje życie? Do czego jest ci potrzebna treść, którą wpuszczasz?

              Jeśli okaże się, że to, co czytasz, oglądasz, słuchasz, jest i prawdziwe i dobre i pożyteczne dla Ciebie — korzystaj.

              Jeśli natomiast treść nie przejdzie przez trzy sita Sokratesa, być może w rezultacie zdecydujesz, że zrezygnujesz z jej przyswajania. Że podziękujesz autorowi, bo szkoda na nią Twojego życia, uwagi i czasu.

              Życzę nam wszystkim wielkiego powodzenia w odsiewaniu Internetowych ziaren od plew!

              NEWSLETTER

              BĄDŹ NA BIEŻĄCO I ZYSKAJ:

              Najnowsze artykuły, hity cenowe, nadchodzące kursy!

                • Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych przez MALESZKO.EDU Urszula Maleszko-Grabowska z siedzibą w Warszawie ul. Odkryta 1A oraz na otrzymywanie na podany adres e-mail informacji handlowych. Podanie danych jest dobrowolne. Przysługuje mi prawo dostępu do swoich danych i ich poprawiania.

                zaległe sprawy

                Gdy lista zaległości rośnie, a z nią stres i poczucie bezradności, wiele osób wini za taką sytuację swoją motywację. „Muszę się wziąć w garść”, „Muszę się zmobilizować” – często to sobie powtarzamy w takich sytuacjach. I jeśli „przymuszanie” działa, to super! Jest powód do satysfakcji. Jednak co robić, gdy powtarzane „muszę się za to zabrać”, „chcę się za to zabrać” itp. nie przynosi efektów? Gdy czas mija, a nam, poza rosnącym poczuciem winy nie przybywa efektów?

                Jest jedna żelazna zasada, która pomoże nam obejść nasz wewnętrzny opór i skutecznie realizować zadania i zaległe sprawy. To niewielka korekta podejścia do planowania zadań, która przyniesie Ci ogromną różnicę w skuteczności. I tą właśnie zasadą chcę się dziś z Wami podzielić.

                🎥 Wolisz obejrzeć film na ten temat? Kliknij poniżej na mój kanał na YouTube

                W czasie szkoleń z zarządzania sobą w czasie i sesji coachingowych z moimi Klientami każdego, kto chce ruszyć zaległe sprawy z miejsca, proszę najpierw, aby spisał listę swoich zaległych i bieżących spraw na kartce. Piszemy, „katalogujemy” wszystko po kolei, sprawdzamy, jak długo dane zadanie widnieje na liście to-do. I już na tym etapie zaczyna być jasne, gdzie leży przyczyna, że tak trudno zabrać się za niektóre zadania.

                Jak planujemy zaległe sprawy?

                Często na kartkach moich Klientów pojawiają się takie pozycje:

                – wysłać ofertę klientowi

                – zadzwonić do Klienta w sprawie maila

                – zrobić notatkę po spotkaniu

                Osobę postronną, czytającą listę tak banalnych zadań może zastanawiać, co jest trudnego w kliknięciu przycisku „Wyślij” w skrzynce mailowej, albo w wybraniu numeru do klienta i dlaczego w ogóle taka pozycja „wisi” na liście zaległych spraw.

                W wysłaniu maila z ofertą nie ma nic trudnego, ale po dodatkowych pytaniach dość szybko okazuje się, że pod tą pozycją „wyślij maila” kryje się duuuużo więcej. Bo wysłanie maila z ofertą wymaga najpierw szeregu prac przygotowawczych. Przed wysłaniem trzeba tę ofertę dokończyć, wcześniej skonsultować ją z zespołem, nanieść ewentualne poprawki i dopiero wtedy wysłanie ostatecznej wersji klientowi będzie możliwe.

                Zatem zadanie o nazwie „wysłać ofertę” wcale nie jest jedynie wysłaniem maila, ale skrótem myślowym, pod którym kryje się zbiór wielu wcześniejszych czynności, wymagających czasu, skupienia i organizacji.

                Mylące ogólniki

                Podobnie w przypadku zadania „zadzwonić do Klienta w sprawie maila”. To przykład zadania, jakie wpisała kiedyś na moim szkoleniu – pracująca w agencji reklamowej – jedna z Uczestniczek. Okazało się, że telefon miał dotyczyć maila w sprawie opracowania kreacji na kampanię reklamową dla zupełnie nowego produktu. Do pierwszej propozycji pojawiły się od klienta pytania.

                Zadanie więc, wiszące od kilku dni w skrzynce mailowej, w rzeczywistości polegało na wykonaniu kilku złożonych etapów. Na zebraniu pytań i uwag od całego zespołu i skoordynowaniu telekonferencji z zespołem klientem, omówieniu pomysłów na kampanię, spisaniu wniosków i dopiero wtedy na rozesłaniu końcowych ustaleń między wszystkimi zainteresowanymi. Skomplikowane? Bardzo! Nawet opisanie kolejnych kroków sprawia mi trudność.

                Widzisz już, jaki problem i jaka zasada wyłania się z przytoczonych przykładów? Jeśli na twojej liście rzeczy do zrobienia lądują niepozorne 2-3 zaległe sprawy, a jest ci trudno się za nie zabrać, zweryfikuj wnikliwie co się pod zapisanymi ogólnymi hasłami kryje.

                Pułapka wygody

                Pułapkę planowania spraw na bardzo ogólnym poziomie zastawia na nas nasz mózg. On lubi uproszczenia, myślenie na skróty i niską wnikliwość. Jego zadaniem jest oszczędzać naszą energię i nasze siły. Dlatego podpowiada nam drogę na skróty i bardziej złożone zadania zamyka w proste „wysłać ofertę”, „zadzwonić do Klienta”.

                Pamiętam z czasów, gdy moje dzieci były małe wiersz Michała Zawadki o motywacji. Wiersz zawierał dość drastyczną, ale obrazową metaforę wyrażaną w pytaniu: „Czy można zjeść słonia”. Konkluzja w wierszu była taka, że owszem, słonia da się spokojnie zjeść, ale po kawałku.

                Zaległe sprawy? Na co zwracać uwagę

                Podobnie z zadaniami. Borykasz się z zaległymi sprawami – spisz je sobie na kartce. Następnie zadbaj, by rozpisać dane zadanie na szczegółowy zestaw czynności niezbędnych do danego zadania. Sprawdzisz w ten sposób, czy za pozornie prostą czynnością „posprzątać garaż” nie czai się aby coś więcej, niż tylko pojawienie się tam z mopem, by przetrzeć podłogę. 🙂

                Gdy zapiszesz zadanie na kartce, następnie określisz wszystkie czynności, jakie masz w ramach tego zadania wykonać, pozostaje ostatnia czynność, gwarantująca sukces i skuteczność. Wybierz pierwsze, konkretne działanie, które pozwoli Ci dane zadanie ruszyć z miejsca.

                Liczy się pierwszy krok

                Wracając do dwóch przykładów z moich szkoleń: osoba, która przygotowywała ofertę jako pierwszy krok wyznaczyła sobie „umówić spotkanie z 2 wybranymi osobami z zespołu, by skonsultować aktualny draft oferty.” Osoba, która miała „zadzwonić do Klienta”, jako pierwszy krok ruszający sprawę z miejsca, podała „określenie w swoim kalendarzu 3 terminów na zorganizowanie wewnętrznego spotkania”.

                Zawsze, gdy masz już zapisane zadanie i rozpiszesz je na kolejne działania, określ, co jest pierwszym krokiem, który nada temu zadaniu bieg. W przypadku sprzątania garażu mogłoby to być wyznaczenie sobie czasu, gdy zaczynam. Czyli wpisanie do kalnedarza „sprzatanie garażu- początek” na sobotę od 14:00. Bo ustaliłeś już, że wtedy w domu będzie Twój sąsiad, którego poprosisz o pomoc w przestawieniu szafy blokującej drzwi z garażu do domu.

                Podsumowując, zamiast planować zadania w głowie, zapisuj. Zamiast używać skrótów i uproszczeń myślowych, rozpisuj zadania na szczegółowe czynności. Gdy masz listę „podzadań”, określ pierwsze, nadające sprawie bieg. W ten sposób masz listę „małych zadań” do wykonania (a nie całego słonia), wiesz, na czy skupić się w danej chwili i wszystko trzymasz zapisane. To się nie może nie udać! 🙂 Wszystko już pójdzie zgodnie z planem.

                NEWSLETTER

                BĄDŹ NA BIEŻĄCO I ZYSKAJ:

                Najnowsze artykuły, hity cenowe, nadchodzące kursy!

                  • Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych przez MALESZKO.EDU Urszula Maleszko-Grabowska z siedzibą w Warszawie ul. Odkryta 1A oraz na otrzymywanie na podany adres e-mail informacji handlowych. Podanie danych jest dobrowolne. Przysługuje mi prawo dostępu do swoich danych i ich poprawiania.

                  wiara w siebie

                  Był sobie kiedyś człowiek, którego firma wpadła w poważne tarapaty. Stracił kilka dużych zleceń, wpadł w długi i zaczęli nachodzić go dostawcy i wierzyciele. Nie wiedział, czy powinien walczyć dalej, czy po prostu ogłosić bankructwo i pozwolić na upadek firmy. Pewnego wieczoru postanowił pójść na spacer do parku, aby to przemyśleć i zdecydować, co dalej.

                  Kiedy stał na małym mostku, patrząc w dół na wodę, z ciemności wyłonił się starszy mężczyzna. Widząc załamanego, zatrzymał się i zapytał, co się stało.

                  🎥 Wolisz obejrzeć film na ten temat? Kliknij poniżej na mój kanał na YouTube

                  Niezwykłe spotkanie

                  Z jakiegoś powodu biznesmen opowiedział mu o swoich wszystkich problemach finansowych i jak bliska upadku jest jego firma, mimo że był to dobry biznes, z dobrą potencjalną przyszłością. Starszy człowiek wysłuchał go uważnie, a następnie powiedział: „Myślę, że mogę ci pomóc”.

                  Wyjął książeczkę czekową z kieszeni, zapytał mężczyznę o nazwisko, wypisał czek, wręczył mu go i rzekł: „Weź te pieniądze. Spotkajmy się dokładnie za rok i wtedy będziesz mi mógł je zwrócić”. A następnie odwrócił się i zniknął w ciemności.

                  Kiedy biznesmen wrócił do swojego biura, otworzył czek i odkrył, że został on wypisany na 500.000 dolarów. Pomyślał, ze to jakiś żart, dopóki nie przeczytał podpisu: „John D. Rockefeller”. Otrzymał czek na pół miliona dolarów od najbogatszego człowieka, który stworzył Standard Oil Company i który był znany z tego, że lubił rozdawać pieniądze.

                  Skąd płynie siła sukcesu?

                  Na początku mężczyzna pomyślał, żeby upłynnić czek i rozwiązać wszystkie swoje problemy finansowe. Ale potem zdecydował, że zamiast tego włoży czek do sejfu, wiedząc, że w każdym momencie może go wyjąć. Mając świadomość posiadania tak wielkiej sumy, zyskał większą pewność siebie do radzenia sobie ze swoimi dostawcami i kredytodawcami i zmiany na lepsze losów swojej firmy.

                  Z nowym entuzjazmem wrócił do prowadzenia przedsiębiorstwa, zawarł nowe umowy, wynegocjował ugody, przedłużył terminy spłat i zamknął kilka większych transakcji. W ciągu kilku miesięcy jego firma wróciła na szczyt, pozbyła się długów i zaczęła zarabiać pieniądze.

                  Rok później biznesmen wrócił na most do parku z niezrealizowanym czekiem w ręku. Nie mógł się już doczekać powiedzenia milionerowi, co się stało. W uzgodnionym momencie starszy człowiek jeszcze raz wyłonił się z ciemności.  Kiedy biznesmen miał właśnie oddać mu czek i opowiedzieć ekscytującą historię o swoich sukcesach i osiągnięciach ostatnich 12 miesięcy, z lasu wybiegła pielęgniarka i chwyciła starszego mężczyznę za ramie.

                  Przeprosiła przedsiębiorcę, mówiąc: „Tak się cieszę, że go złapałam. Mam nadzieję, że pana nie niepokoił. Wciąż ucieka z domu spokojnej starości i mówi każdemu, że  jest Johnem D. Rockefellerem”. Wzięła starszego pana za rękę i odeszli.

                  Poczucie bezpieczeństwa i wiara w sukces są w głowie

                  Biznesmen stał jak ogłuszony. Przez cały rok jeździł i zawierał umowy, sprzedawał i kupował, budował swój biznes z wewnętrznym spokojem, ponieważ był pewny, że ma w sejfie czek na 500.000 dolarów, który może w każdej chwili zrealizować.

                  Nagle olśniło go, że osiągnął swój sukces „głową”. Czek był jedynie mentalną podstawą bezpieczeństwa, a reszta wynikiem jego działań i przekonania, że się uda. To jego działania, pod którymi była pewność siebie, zdecydowanie i silna orientacja na określony cel, przyczyniły się do zwrotu w jego sprawach. Zrozumiał, jak wiele zależy od tego, jak postrzegamy swoją sytuację.

                  Jeżeli jest w naszym życiu coś, co nas powstrzymuje, ogranicza, trzyma w miejscu, warto zadać sobie pytanie:

                  Gdyby, jak za przyczyną czarodziejskiej różdżki, zdarzył się cud i mój problem (to ograniczenie) zniknął, jak zabrałbym się za realizację swoich celów? Od czego zacząłbym swoje działania?

                  Zapewniam, że „cuda” się zdarzają. Bo każdy sukces zaczyna się w głowie od wiary, że go osiągniemy. 🙂

                  NEWSLETTER

                  BĄDŹ NA BIEŻĄCO I ZYSKAJ:

                  Najnowsze artykuły, hity cenowe, nadchodzące kursy!

                    • Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych przez MALESZKO.EDU Urszula Maleszko-Grabowska z siedzibą w Warszawie ul. Odkryta 1A oraz na otrzymywanie na podany adres e-mail informacji handlowych. Podanie danych jest dobrowolne. Przysługuje mi prawo dostępu do swoich danych i ich poprawiania.

                    prosić aby otrzymać

                    Dziś pragnę (a to nawet więcej, niż tylko „chcę”) podzielić się z Tobą moją ważną życiową lekcją. O tym, jak prosić, aby otrzymać to, o co prosimy.

                    Inspiracją i prawdziwym odkryciem był dla mnie fragment książki „Jesteś cudem” Reginy Brett, a dokładnie rozdział pt. „Módl się tak, jakbyś wierzył w każde słowo”.

                    Chociaż w książce autorka pisze o modlitwie do Boga, myślę sobie, że sam sposób proszenia i fakt, że Twoje prośby zostaną wysłuchane, jest taki sam bez względu na to, w jaką siłę wyższą wierzysz. Czy w Boga, Wszechświat, Anioła Stróża, Opatrzność, lub jeszcze kogoś innego…

                    🎥 Wolisz obejrzeć film na ten temat? Kliknij poniżej na mój kanał na YouTube

                    O co więc w tym proszeniu chodzi?

                    Zazwyczaj, gdy prosimy siłę wyższą o pomoc, prosimy w myślach — w modlitwie, błaganiach, powtarzając w kółko nasz prośby. Prosimy i prosimy, nie ustajemy w tych prośbach, bez ustanku. Prosimy, nie dając sobie w zasadzie czasu, aby tę pomoc faktycznie otrzymać. Jakbyśmy… nie wierzyli, że to, o co prosimy, będzie nam dane.

                    Taki sposób proszenia „w kółko” ładnie obrazuje fragment wspomnianej wyżej książki Reginy Brett:

                    Załóżmy, że dzwonię do mojej przyjaciółki Beth i zapraszam ją na lunch w czwartek, a ona przyjmuje zaproszenie. A potem dzwonię do niej co kwadrans, żeby się upewnić, czy na pewno chce zjeść ze mną lunch w czwartek. Przyjaciółka zaczęłaby się zastanawiać: „Dlaczego Regina mi nie wierzy? Czyżby mi nie ufała, że przyjdę?”.

                    Tak zachowujemy się, prosząc w modlitwach. Prosimy, ale czy wierzymy? Jeśli chcesz naprawdę zawierzyć sile wyższej, którą prosisz, poproś ją tylko raz. Z wiarą, że otrzymasz. Bądź konkretny. Nie pozostawiaj żadnych wątpliwości, o co ci chodzi. I zamiast „klepać” modlitwy i je powtarzać, ZAUFAJ, ŻE OTRZYMASZ.

                    „Prawdziwa wiara to nie modlitwa bez końca. To ufność, że Bóg usłyszał cię za pierwszym razem”.

                    Jak prosić, aby otrzymać?

                    Przyznaję, że od kiedy przeczytałam tę książkę i wiem, jak prosić, aby otrzymać, z ufnością korzystam z tego sposobu. Możesz mi wierzyć lub nie, on naprawdę działa. Prawdą jest, że minęło sporo czasu, zanim nauczyłam się dostrzegać, że moje prośby się spełniają. Szczególnie gdy nie były aż tak bardzo precyzyjne. Czasem wracały w innej, niż się spodziewałam, postaci. I dopiero po jakimś czasie uświadamiałam sobie, że to, co otrzymywałam (czasem zaskakującego), jest przecież spełnieniem tego, o co prosiłam. Dlatego dziś też wiem, że warto uważać i prosić mądrze.

                    Wiem też, że czasem na spełnienie prośby trzeba poczekać. Że nie spełniona modlitwa TERAZ nie oznacza, że nie będzie ona spełniona nigdy. Czasem trzeba naprawdę z pokorą i cierpliwością poczekać (co nie jest łatwe na przykład dla mnie, osoby bardzo niecierpliwej).

                    Jeśli nie jesteśmy czasem pewni, co będzie dla nas najlepsze, idąc za radą autorki książki, możemy sformułować naszą prośbę i dodać: „Ześlij mi to albo coś jeszcze lepszego”. A gdy ogarnia nas zwątpienie, zamiast zaczynać modlić się od nowa, po prostu pozostać w wierze, że otrzymamy, że Bóg już nas wysłuchał (pamiętając, że do znajomej nie dzwonilibyśmy co 10 minut, aby upewnić się, że się z nami spotka następnego dnia).

                    I gdy już otrzymasz, gdy twoja prośba i modlitwa zostaną spełnione, PODZIĘKUJ. Okaż w sercu wdzięczność.

                    Sama proszę w ten sposób moją siłę wyższą i opatrzność już wiele lat. I dzielę się tym odkryciem z tobą, bo tak wiele razy otrzymałam to, o co prosiłam.

                    Więc i ty: zaufaj i poproś. O to, czego dla siebie pragniesz, lub o coś jeszcze lepszego. Niech się zadzieje.

                    NEWSLETTER

                    BĄDŹ NA BIEŻĄCO I ZYSKAJ:

                    Najnowsze artykuły, hity cenowe, nadchodzące kursy!

                      • Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingowych przez MALESZKO.EDU Urszula Maleszko-Grabowska z siedzibą w Warszawie ul. Odkryta 1A oraz na otrzymywanie na podany adres e-mail informacji handlowych. Podanie danych jest dobrowolne. Przysługuje mi prawo dostępu do swoich danych i ich poprawiania.